A miało być tak pięknie (2017)

12 sierpnia 1981 IBM zaprezentował system komputerowy o oznaczeniu 5150. Całość była prymitywna i w najprostszej wersji zawierała 16-bitowy procesor o prędkości 4.77 MHz, 16 kB RAM, magnetofon oraz kartę graficzną generującą czarno-biały tekstowy obraz o rozdzielczości 80x25 znaków.

Architektura rozwiązań tej platformy była otwarta, całość można było rozszerzać, zaś korporacja opatentowała jedynie zawartość oprogramowania układowego BIOS.

Inne firmy zaczęły tworzyć klony, w których BIOS odtworzono drogą inżynierii wstecznej.

I to była pierwsza rewolucja, w ten sposób powstały PeCeTy bardziej zgodne ze specyfikacjami IBM niż urządzenia IBM.

Kolejne generacje sprzętu przynosiły znaczące ulepszenia takie dyski i dyskietki, dodatkowa pamięć, architektura 32 i 64-bitowa, kolorowa grafika, urządzenia plug-and-play, USB czy sieć.

Z czasem najbardziej i jedynym znaczącym dostawcą procesorów do systemów zgodnych z x86 została firma Intel.

Jedną z przedstawionych przez nią istotnych nowości była zaprezentowana w 2007 platforma AMT. Zadebiutowała ona wraz z chipsetami ICH7 i pozwalała na zdalne zarządzanie i nadzorowanie systemu.

Pierwsze wersje były udostępnione w postaci kart rozszerzeń, kolejne zostały wbudowywane w chipsety na płytach głównych. Powstał Intel vPRO, którego nie można było wyłączyć. Pozwalał on na zdalną pracę z systemem albo jego zarządzanie bez pozostawiania w nim żadnych śladów.

Ze względów finansowych rozwiązanie z czasem znalazło w każdym systemie zawierającym układy Intela, również w tych, które określono jako konsumenckie bez funkcji vPRO.

Firma nie udostępniła nigdy pełnych szczegółów na temat działania tego systemu, jego firmware było zaszyfrowane i niezależni badacze metodą prób i błędów nauczyli się jedynie częściowo je wyłączać. Dokonane to zostało przez wykasowanie fragmentów pamięci i pozostawienie czegoś co wyglądało na moduł podstawowy albo użycie nieudokumentowanych przełączników . Nigdy oficjalnie nie potwierdzono, że nie powoduje to żadnych skutków ubocznych.

Tak przeżyliśmy drugą rewolucję.

Z czasem rosnące koszty wytwarzania coraz szybszych układów i brak konkurencji dla Intela spowodował, że cała platforma x86 zaczęła przeżywać stagnację.

Trwało to do czasu, gdy firma AMD pokazała niezwykle udaną serię Ryzenów i Threadpipperów, Microsoft przedstawił sprawną emulację x86 na procesorach ARM, a Apple zaczęło licencjonować swoje legendarne układy A12.

Odpowiedzi Intela wydawały się być przygotowane pospiesznie i nielogicznie, firma zaczęła szukać nowych źródeł dochodu i ostatecznie zdecydowała się na otwarcie wielu nowatorskich projektów.

Część z nich stała się podstawą do tego czego używamy dzisiaj.

***

Mój notebook zaczął domagać się gniazdka, i to nie elektrycznego, ale sieciowego.

Znowu to samo!

Jechałem samochodem autostradą A1 i musiałem szybko znaleźć certyfikowaną stację benzynową.

Byłem zły, że sieci komórkowe nie zapewniają niezbędnego transferu i że tracą na tym wszyscy obywatele.

Trochę to było usprawiedliwione, bo eter nie jest z gumy, ale tylko trochę.

Idiotyzm.

Idea była jednak na tyle szczytna, że warto było ponieść ten trud. Tak jak kiedyś każdy mógł zapłacić dziesięć procent podatku na konkretną instytucję charytatywną, tak teraz zaznaczało się odpowiedni krzyżyk i zapewniało moc obliczeniową na konkretny cel.

Badania nad rakiem, udoskonalanie SI, rozwiązywanie kolejnych problemów matematycznych poprzez kopanie i tak dalej.

Kto nie zaznaczył, ten dostawał przydział z urzędu.

Sprzęt miał wydzieloną maszynę wirtualną z oddzielną pamięcią flash i mógł robić te dodatkowe zadania w międzyczasie niezależnie od zainstalowanego systemu operacyjnego. Było to o tyle łatwe, że chipsety Intela były zbudowane na bazie 80486 i aplikacje do obliczeń nie wymagały praktycznie żadnych zmian.

Firmy płaciły za to wszystko do budżetu grube pieniądze, a ludzkość dostała swój wymarzony postęp.

Telefony, tablety, notebooki, wszystkie uczestniczyły w największym programie naukowym, a wszystko było pięknie zabezpieczone przed sfałszowaniem wyników.

Teraz musiałem się tylko szybko zatrzymać, żeby przegrać dane do centralnego systemu.

Znak mówił, że za kilometr będzie zjazd.

Kilometr, pięćset metrów, dwieście, zjazd.

Standardowy, czyli stacja benzynowa, restauracja, toalety i parking. Wjeżdżając widziałem, że wszystko jest mocno zapełnione, po chwili udało mi się jednak znaleźć miejsce.

Zdecydowałem, że pójdę na kawę i dlatego nie musiałem podłączać się do Wifi.

W restauracji przy każdym stoliku było przewodowe złącze z wtyczką magnetyczną, użyłem go i zacząłem przeglądać newsy w czasie, gdy mój komputer przesyłał dane i pobierał kolejne próbki. Trwało to dokładnie cztery minuty i wprawiło mnie w doskonały nastrój, gdyż zdążyłem i nie czekał na mnie żaden mandat.

Po wyjściu na parkingu zauważyłem jednego z tych naganiaczy, którzy chcieli wepchnąć mi tandetną nierejestrowaną elektronikę. W dalszym ciągu była legalna, ale korzystanie z niej prędzej czy później zawsze wiązało się z ponoszeniem opłaty na numerki, czyli właśnie obliczenia.

A zresztą kto w dzisiejszych czasach chciałby korzystać z kopii tanich i mało wydajnych odmian ARMów albo kopii Ryzenów?

Jeśli chciałoby się dobry sprzęt, to szło się do sklepu, wybierało coś z oferty i czekało na egzemplarz prosto z fabryki.

Apple, Dell, HP, Samsung i wszystkie inne były dostępne praktycznie za darmo w każdej możliwej konfiguracji, a nawet te z układami ARM miały odpowiedni moduł x86 do obliczeń.

Do domu miałem jeszcze jakieś sto kilometrów. Podłączyłem laptopa pod sieć pokładową i ruszyłem, ten zaczął się synchronizować, ładować i po chwili również mój samochód mógł służyć ku dobru ludzkości.

Nic mnie to nie kosztowało, takie konfiguracje można było za darmo wymieniać przez cały cykl życia auta i dzięki temu mieć szereg korzyści takich jak lepsze audio czy bardziej doskonały autopilot. Zaczęło się to dziać już w erze Tesli i zostało podchwycone przez wszystkie firmy produkujące nowoczesne auta.

Jechałem spokojnie, a niezawodny sprzęt robił to co do niego należy. Tego dnia była doskonała pogoda, a ja byłem już zmęczony. Nie chciałem myśleć o pracy, małżeństwie ani moim nowym hobby, jakim było wyszukiwanie kolejnych filmików o kotkach.

Droga zajęła mi dokładnie trzydzieści osiem minut, a po powrocie cieszyłem się gorącą kąpielą i obiadem, który w międzyczasie został odgrzany w kuchence.

No i w domu przywitał mnie miły kobiecy głos:

- Witaj Marcinie, czy zamówić ci masaż?

- Dziękuję Google, dziś nie trzeba, jestem za bardzo zmęczony i mam ochotę tylko spać

System wiedział, że to było definitywne "nie". Moja mała S.I. uczyła się moich wzorców zachowania od dawna, a ponieważ miała kontakt z laptopem i autem to wiedziała tez wszystko o moi zdrowiu i wiedziała, że też mogła zająć się obliczeniami.

Wszystko oczywiście odseparowane od moich danych i pozwalające ogrzewać za darmo moje mieszkanie i płacić za cały mój prąd i paliwo.

Prawdziwa chmura, której końcówki były w każdym mieszkaniu.

Jej wprowadzenie zrewolucjonizowało całą informatykę - kiedyś takie Google miało całe farmy serwerów, a teraz na miejscu indeksowało u każdego każdy pojedynczy publiczny plik i zapewniało od razu zrobienie jego kopii z użyciem p2p, które w końcu opatentowali.

Nic się nie marnowało w tym systemie, który cały czas był rozbudowany przez zainteresowane firmy. Płaciły za prąd, paliwo, tworzyły infrastrukturę... i uczestniczyły w najbardziej ambitnych projektach.

I pomyśleć, że kiedyś zaczęliśmy od botów czy programu SETI czy wreszcie kopania w JavaScript.

***

W serwerowni na Islandii padł właśnie kolejny dysk. Nie wytrzymał obciążenia i technicy cieszyli się na myśl, że wkrótce dostaną nowe serwery, w których lepiej zaprojektowano chłodzenie. Miało ono podobno nie wymagać hałaśliwych wentylatorów i korzystać z mocy grawitacji.

To przynajmniej teoretycznie dawało wielkie oszczędności w prądzie, opłatach za uciążliwość dla środowiska i eliminować wibracje, które przeszkadzały coraz bardziej delikatnym urządzeniom.

A te były coraz bardziej obciążane.

To było niewiarygodne jaką ilość danych musiały przerabiać.

A jeszcze bardziej niewiarygodne było to że ludzie sami je chętnie wysyłali pracując za darmo dla firm.

Kiedyś cały czas walczono z tak zwaną ochroną prywatności i napiętnowano telemetrię, która pozwalała na sprawdzanie kto co robi.

I wtedy przyszedł ON. Był geniuszem. Sundar zaproponował, żeby walczyć z rakiem. Jego firma miała środki i zaczęła rozdawać za darmo różne przydatne urządzenia równocześnie pozwalające na obliczenia bez szkody dla wygody użytkowników. To było rozwinięcie m.in. idei routerów czy innych urządzeń sieciowych, które różni dostawcy kablówek wypożyczali swoim użytkownikom blokując im do nich jakikolwiek dostęp i ustawiając je stosownie do swoich potrzeb.

Tak nastały czasy trzeciej i ostatecznej rewolucji.

Firmy zaczęły korzystać z przestrzeni dyskowej i mocy udostępnianej przez użytkowników, a ich materiały mogły być idiotycznie łatwo blokowane.

Z czasem podobne rozwiązania były w ofercie różnych firm i te mogły przeznaczać swoje kosztowne serwerownie na nowe cele.

Ludzie stali się pracownikami wielkich firm, a one dostały informacje o wszystkich i każdym z osobna.

Najciekawsze były sytuacje, gdy jakieś urządzenie miało 16Gb „oficjalnej” pamięci, a tej do obliczeń... kilka razy więcej.

Zdarzało się to nawet dosyć często, gdy tworzono kolejne rewizje urządzeń albo gdy test kości pamięci w fabryce pokazywał, że ma mniej bad blocków niż przewidziano w projekcie.

Bywało również, że serwisy zmieniały układy pamięci za darmo w trakcie napraw gwarancyjnych.

Żeby żyło się nam lepiej.

Wszystkim.

Zawsze.